Jejku, jakie dobre

Ciasteczka harakiri w Tokio

O ciasteczkach harakiri przeczytaliśmy zupełnie przypadkowo w jakimś japońskim przewodniku. Z opisu wynikało, ze miały imitować wygląd świeżo rozprutego wertykalnie brzucha. Koszmar jakiś – przecież nie ma szans, żeby taka słodycz się sprzedawała.

Tak nas męczyła tajemnica ciasteczek, że pojechaliśmy specjalnie to zjawisko zgłębić. Podobno owe ciasteczka (z japońska nazywane monaka), są hitem od wielu lat, ulubionym przedmiotem podarunków i modnym elementem eleganckich podwieczorków. Kompletnie niepozorna cukiernia przy głównej arterii na Shimbashi charakteryzowała się ogonkiem klientów. Sami smakosze harakiri. Obejrzeliśmy mały poster reklamowy na zewnątrz i widzimy, że powłoki brzucha to gładki jak opłatek wafelek.  Ustawiamy się karnie w kolejce i rozmyślamy co też może imitować brunatne flaki z rozpłatanego wafelkowego korpusu. Przy ladzie tajemnica się wyjaśnia: wnętrzności to albo gnieciona czerwona fasola, albo gotowane kasztany. Do wyboru, do koloru (tego samego). Wybieramy kasztany, mając nadzieję, że są może mniej słodkie niż wszechobecna w japońskich słodyczach fasola.

Pytamy ekspedientkę czy możemy dostać do tego kawę. Proponuje zieloną herbatę lub wywar z fasoli. Oczywiście – herbata. Miłym zaskoczeniem jest to, że pani nie dolicza nam do rachunku ceny herbaty – płacimy wyłącznie za dwa harakiri. Przysiadamy na jedynej w cukierni ławeczce i patrzymy, że kolejka miłośników ciasteczek nie maleje.  Bogu dzięki, że mdławe, słodkie ciasteczka popijamy gorzką herbatką. Z informacji wywieszonych w środku cukierni wynika, że produkty można przechowywać maksymalnie do 7 dni,  czyli zero konserwantów. Kolejka klientów wydaje się być stała, wciąż przychodzą kolejni.  Jeżeli by nas ktoś zapytał na czym polega tajemnica wyjątkowego smaku harakirowych monaka, odpowiadamy – nie wiemy.

 

Cukiernia Shinshodo, niedaleko stacji Shimbashi. Adres: 4-27-2 Shimbashi, Minato-ku Tokyo

Polecane wpisy

Brak komentarzy

Zostaw komentarz