Japonia w Polsce

Przeciwnik to osoba, od której się uczymy

Cóż to był za pokaz. Moc i wdzięk. Precyzja, szybkość i siła.  A do tego wszystkiego entuzjazm i zaangażowanie uczestników. Cztery kluby japońskich sztuk walki zaprezentowało się wrocławskiej publiczności w ramach dorocznego Festiwalu Kultury Japońskiej organizowanego przez Fundację Nami. 

Zblokowany w jeden efektowny ciąg pokazów rozpoczęli zawodnicy aikido z klubu Birankai Polska. To sztuka walki wręcz oparta głownie na rzutach i dźwigniach. Zawodnicy aikido nie posługują się bronią poza drewnianymi mieczami boken lub kijem jo.  W założeniach aikido dopuszcza także szkolenie w umiejętności posługiwania się nożem tanto, jednakże nie słyszeliśmy, aby w Polsce odbywały się pokazy z jego użyciem. Trzech zawodników (w zasadzie dwóch zawodników i zawodniczka, która była najwyraźniej sensei) dali świetnie przygotowany i niezwykle efektowny pokaz, którego namiastką niech będą poniższe zdjęcia (oraz zdj. górne):

      

Iaido, to” bycie w ciągłej gotowości”. Pokaz przygotowany przez klub Renshinkan zrobił wrażenie głownie ze względu na użycie w nim autentycznych mieczy japońskich – katan. Podczas ćwiczeń, ze względów bezpieczeństwa używa się tępych mieczy zwanych iaito.  Zawodnicy zaprezentowali ćwiczenia (kata) odwzorowujące walkę z jednym, dwoma lub trzema przeciwnikami, a następnie używając drewnianych mieczy (bokenów) odtworzyli sceny autentycznej walki. Dwa ujęcia poniżej:

Pokaz kendo dał – działający przy Fundacji Nami – klub Ryushinkai. Kendo jest stosunkowo dobrze znane w Polsce. Szacuje się, iż w tej chwili ćwiczy tę sztukę ok. 500-600 polskich zawodników. Według Wikipedii kendo – jako sport lub formę rekreacji – uprawia na świecie ok. 7 mln ludzi. Ćwiczący kendo używają dwóch rodzajów mieczy: shinai – bambusowego oraz bokuto – drewnianego. Jest to forma walki kontaktowej, zawodnicy zadają cięcia w głowę, brzuch, nadgarstki oraz pchnięcie w gardło. Bezpieczeństwo zapewnia zbroja bogu (na zdj. poniżej).

Wrocławskie Stowarzyszenie Kyudo zaprezentowało pokaz tradycyjnego łucznictwa japońskiego. Od XVII wieku z techniki wojskowej łucznictwo przekształcało się w formę bardziej ceremonialną. Używa się do niego łuku niesymetrycznego (yumi),  gdzie 2/3 długości znajduje się ponad uchwytem, a 1/3 poniżej.  Charakterystyczne jest napięcie cięciwy, w taki sposób, że dłoń znajduje się poza uchem zawodnika. Był to pokaz pełen elegancji, spokoju i skupienia.

Na koniec prawie dwugodzinnego pokazu wystąpili członkowie grupy Kabuto, z rekonstrukcją walki samurajskiej w autentycznych (współczesnych) metalowych zbrojach. Zawodnicy nie szczędzili sobie razów – co wzbudzało zrozumiały zachwyt publiczności – jednakże wszystko odbywało się w ramach kontrolowanego bezpieczeństwa.

Chętnych do rozpoczęcia przygody z japońskimi sztukami walki zachęcamy do przyjrzenia się postaci Musashi Miyamoto. To praojciec skodyfikowanych japońskich sztuk walki z przełomu XVI i XVII wieku Do  dziś jest uznanym autorytetem dla wszystkich uprawiających sztuki walki. Był pierwszym, który używał w zmaganiu z przeciwnikiem dwóch mieczy. Jest również autorem „Księgi Pięciu Kręgów” , która została przetłumaczona na 29 języków i do dziś jest chętnie czytana. W Japonii, na wyspie Kiusiu, niedaleko Kumamoto znajduje się klasztor Uganzenji, za którym znajduje się jaskinia, w której Musashi spędził swoje ostatnie lata i w 1645 roku napisał swoje działo (wydanie polskie ukazało się dopiero w 2010 roku).  Miejsce to można zwiedzać – przy wejściu do jaskini znajduje się muzeum (wejście 200 yenów), w którym można zobaczyć m.in. jego słynny, drewniany miecz (ma on swoją konkretną nazwę: Ganryujima).

Musashi Miyamoto był nauczycielem nie tylko walki. Jako jeden z pierwszych głosił, iż przeciwnik, który staje przed nim zawsze jest wart najwyższego szacunku, bowiem jest to osoba, od której w trakcie zmagania można się najwięcej nauczyć. I nie odnosił tego wyłącznie do sztuk walki.

 

Polecane wpisy

2 komentarze

  • Odpowiedz
    Adam Kłykow
    22 lipca 2017 o 13:16

    Podczas lektury tego posta przypomniałem sobie pewną przygodę dziennikarską, którą opisałem w swoim blogu. Załączam wersję skróconą 🙂

    JAK KACZKA WYGRAŁA ZE SMOKIEM

    Superprzebojem kinowym w Polsce w 1982 był, znany już wtedy w świecie od 9 lat, film „Wejście smoka”, z Bruce’em Lee w roli głównej. Na fali popularności orientalnych sportów walki, poprosiłem o wywiad najlepszego wówczas karatekę jeleniogórskiego, zawodnika i trenera Grzegorza Jóźwiaka. Przy opracowywaniu rozmowy do druku pominąłem dorabianą przez niego ideologię, poprzestając na zacytowaniu ciekawostek i przedstawieniu lokalnych realiów. Tekst, typowe czytadło dla zrelaksowania Kowalskiego, wydrukowany został w „Magazynie Tygodniowym Gazety Robotniczej” z 13.08.1982.

    W wywiadzie pytałem m.in., czy ognisko specjalistyczne karate kyokushinkai im. Masutatsu Oyamy przy Zarządzie Wojewódzkim Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej w Jeleniej Górze, reprezentowane przez Jóźwiaka, ma jakiegoś miejscowego konkurenta. Dosłowna odpowiedź brzmiała: „Działa tu prywatna szkoła karate „Free Style”, obliczona głównie na zysk finansowy. Jej właściciel ma co prawda odpowiednie papiery, ale niewielkie przygotowanie fachowe”.

    Po wydrukowaniu wywiadu redakcję „GR”, konkretnie mnie i redaktora naczelnego Zdzisława Balickiego, kilkakrotnie nawiedził 34-letni wtedy Janusz Hauser, porucznik po Wyższej Oficerskiej Szkole Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu. Przedstawił się jako dyrektor owej prywatnej szkoły karate i zażądał sprostowania zacytowanej krytycznej opinii. Nie potrafił jednak przekonać, że sporna wypowiedź Jóźwiaka zawiera nieprawdę. Musiałem tłumaczyć się przed swoim szefem, ale sprostowania odmówiłem.

    Postanowiłem natomiast napisać krótką, reporterską informację, zaczynającą się od słów: „W Jeleniej Górze działa, bodaj jedyna w naszym kraju, prywatna szkoła karate „Free Style”. Kieruje nią dyplomowany instruktor tego sportu, oficer rezerwy Wojska Polskiego Janusz Hauser. Ma na to zezwolenie Wydziału Kultury Fizycznej i Turystyki Urzędu Miejskiego”.

    Jednak Hauser nie był zadowolony z takiej notatki, pozbawionej achów i ochów pod jego adresem. 11.11.1982 skierował do Wydziału Karnego Sądu Rejonowego w Jeleniej Górze akt oskarżenia przeciwko Jóźwiakowi i mnie. Poczuł się – jak stwierdził – „poniżony” krytyczną opinią, że prowadzi szkołę karate „obliczoną głównie na zysk finansowy” i że ma „niewielkie przygotowanie fachowe”. Wywiad ocenił jako „złośliwy”.

    Z aktu oskarżenia (cytuję bez retuszu, włącznie z błędem ortograficznym): „Proszę, aby ob. Adam Kłykow dokonał sprostowania, podając stan faktyczny. Droga do sławy wymaga wielu lat pracy, nie zdobywa się ją przez dezinformację i pomówienia drugiej osoby. Dla mnie jest to jeszcze o tyle krzywdzące, że jestem inwalidom, że to co robię daje dla mnie dużo zadowolenia, straciłem zdrowie w związku ze służbą wojskową. Jest to niezgodne z normami społecznymi…” i tak dalej, w podobnym stylu.

    Po otrzymaniu aktu oskarżenia, ustosunkowałem się na piśmie do zarzutów Hausera pod moim adresem. Oświadczyłem, że tekst wywiadu Jóźwiak autoryzował w redakcji przy świadku, którym była koleżanka dziennikarka Bożena Bryl (na marginesie: siostra Andrzeja, znanego polskiego mistrza koreańskiej sztuki walki – taekwondo). Po wydrukowaniu rozmowy odpowiadający na moje pytania nie zgłaszał pretensji do treści publikacji. Sam nie miałem żadnego osobistego interesu, by cokolwiek zniekształcać. Obu adwersarzy wcześniej nie znałem, podobnie jak nikogo innego z ich środowiska kyokushinkai (nawiasem pisząc, obecnie używana jest nazwa skrócona: kyokushin).

    Zakończyłem wywód tak: „Moim zdaniem, pisząc o jeleniogórskich karatekach wywiązałem się ze swoich obowiązków dziennikarskich, co najwyżej mogłem być celowo wprowadzony w błąd. Jeśli sąd uzna sporny fragment wywiadu jako pomówienie Janusza Hausera, to autorem sprostowania powinien być Grzegorz Jóźwiak. Z perspektywy czasu sprawą dla mnie oczywistą jest, że w Jeleniej Górze działają dwa zwalczające się ośrodki karate. Gdybym miał świadomość tego przed wydrukowaniem wywiadu, w ogóle bym nie podejmował tematu”…

    Proces trwał ponad 2 lata. Sędziowie prowadzący tę sprawę zmieniali się aż 4-krotnie!

    13.05.1983 do akt dołączony został znamienny list żony Hausera, bynajmniej nie w jego obronie. Pisała ona:

    „W trakcie jednej z naszych rozmów mąż mój powiedział: „jak wyjazd do Warszawy będzie udany, to będziemy mieli dużo pieniędzy”. Kupił błam karakułowy, z którym wyjechał do Warszawy. Po powrocie pokazał mi książeczkę instruktora karate, mówiąc, że poniesione koszty zwrócą się nam kilkakrotnie. Z jego relacji wynikało, że książeczkę otrzymał za w/w błam.

    Często dostawał powiadomienia z Krakowa lub Warszawy, które widziałam. Dotyczyły one stawienia się na egzaminy karate. Zakładał sobie gips i jechał na wezwanie, mówiąc, że „nic nie potrafię, a muszę być na egzaminie”. Po powrocie gips zdejmował”.

    W aktach sprawy znalazło się też pismo Polskiego Związku Karate z 8.12.1981. Najistotniejsze fragmenty tego dokumentu:

    „Z ob. Januszem Hauserem nie prowadzona jest żadna współpraca ze strony Związku, na którą w/w tak często powołuje się. Nie do zaakceptowania bowiem jest działalność organizacyjna, jak i szkoleniowa, prowadzona przez ob. Hausera. Działalność ta jest bowiem niezgodna z kierunkiem rozwoju karate, przyjętym przez Związek. Z w/w względów Związek nie udziela i nie będzie udzielał poparcia ob. Hauserowi”.

    Aby trochę odreagować procesowy stresik, w „Gazecie Robotniczej” z 12-13.05.1984 opublikowałem satyryczny, kpiący między wierszami z PRL-owskiej rzeczywistości, tekst pt. „Drugiej Japonii na imię kyokushinkai”, dotyczący jedenastych mistrzostw Polski w tym stylu karate, zorganizowanych przez Jóźwiaka i innych działaczy z Jeleniej Góry, bez jakiegokolwiek udziału Hausera. Oto fragmenty większej całości:

    „Niechcący odkryłem, że my już mamy „drugą Japonię”. Objawia się to dynamicznym rozwojem różnych stylów karate, a kyokushinkai w szczególności. Tylu uczestników nie było na żadnym z dziesięciu poprzednich mistrzostw kraju w tym sporcie. Za ilością nie nadążała jakość widowiska, ale starzy samurajowie przypominają, że nie od razu Tokio zbudowali i wysoką technikę u siebie osiągnęli. Najpierw było ich dużo, jak mrówek. Dopiero potem wpadli na pomysł pracowania jak mrówki.

    Kryzysowo wyglądały tylko stopy aktorów mistrzostw. Zawodnicy musieli występować na bosaka, jakby nie oglądali „Dziennika telewizyjnego” i nie słyszeli o obniżce cen obuwia. Sędziowie korzystali z przywileju (mają związek zawodowy, albo co?) zakładania skarpetek. Pozostała część obowiązkowych strojów – skromna, ale kosztowna. Zawodnicy w białych kimonach, z pasami w kolorach zależnych od stopnia wtajemniczenia, co świadczy, że w tym sporcie jeszcze jest nierówność, choć pewnie wszyscy mają jednakowe potrzeby. Sędziowie bez wyjątku paradowali w czarnych spodniach i koszulach ozdobionych jasnymi muszkami, co kojarzy się mi na gorąco tylko z egalitaryzmem.

    W tym towarzystwie obowiązuje język japoński. Jak chcesz powiedzieć „dzień dobry” albo „do widzenia”, załatwiasz to okrzykiem „oesh!” (tak się pisze). A „chui” oznacza po naszemu „ostrzeżenie” (słowo daję).

    Chyba tylko przez pomyłkę przed rozpoczęciem walk zawodnicy składają przysięgę w języku polskim. Jest to ośmioro przykazań, samych słusznych. Najłatwiejsze do wdrożenia w naszej rzeczywistości są: „Będziemy z głębokim zapałem starali się kultywować ducha samowyrzeczenia”, „Będziemy przestrzegać zasad grzeczności, poszanowania starszych oraz powstrzymywać się od gwałtowności”, „Będziemy spoglądać w górę ku prawdziwej mądrości i sile, porzucając inne pragnienia”, „Będziemy wierni naszym ideałom i nigdy nie zapomnimy o cnocie pokory”.

    Zawodnicy i sędziowie wyrażają swą gotowość do dzieła ustawieniem rąk, przypominającym chwytanie za kierownicę lub taczki, w każdym razie za ster jakiegoś pojazdu, co może oznaczać (bardzo lubimy symbole) wstęp do postępu.

    Wszystko byłoby pięknie, tylko po co – drodzy karatecy od kyokushinkai – ta bijatyka na parkiecie? Te niby pozorowane i kontrolowane ciosy nogą lub ręką, po których przeciwnik łapie się za nos, wargę lub – z przeproszeniem – za jądra, o ile jest przytomny i wie co robi.

    Nie lepiej porozumieć się, jak Japończyk z Japończykiem? Zamiast robić sobie krzywdę, przystąpić od razu do negocjacji? Znajdowanie wspólnego języka podpatrzymy, jak nas będą częściej wysyłać na delegacje za granicę. W szukaniu kompromisów mamy pod dostatkiem własnych doświadczeń.

    Specjaliści stylu kyokushinkai uznają za swego mistrza prawdziwego pracusia, niejakiego Masutatsu Oyamę. Wita on dzień biegami długodystansowymi, a potem z rozpędu uskutecznia ścinanie gałęzi drzew gołymi rękami i nogami, nie narzekając bezproduktywnie na brak zmechanizowanego sprzętu do roboty. Zabija też byki jednym uderzeniem pięści.

    Nasi karatecy ograniczają się na razie do rozwalania desek i cegieł. Aż dziw, że budowlani nie pokazali dotąd palcem, kto naprawdę jest winien za braki materiałowe i regres w mieszkaniówce. Boją się?”.

    W sierpniu 1984 zatelefonował do mnie do pracy prezes Sądu Rejonowego w Jeleniej Górze, informując o możliwości objęcia mojej sprawy lipcową amnestią. Sprzeciwiłem się, uznałem bowiem, że skorzystanie z tej propozycji można byłoby odczytać jako – choćby tylko pośrednie – przyznanie się do winy.

    Na dziewiątej z kolei rozprawie – 28.12.1984 – wreszcie zapadł prawomocny wyrok, uniewinniający Jóźwiaka i mnie. Tak kaczka (ta dziennikarska) zwyciężyła smoka…

  • Odpowiedz
    Mireccy
    23 lipca 2017 o 18:25

    Przeczytaliśmy historię z wypiekami na twarzach – nie ukrywamy, że czasami parskając szczerym śmiechem (błam karakułowy i gips – nie do uwierzenia). Oczywiście, mamy pełną świadomość, że sprawa toczyła się w czasach stanu wojennego, który obowiązywał w Polsce, zatem sprawa karna w tamtym okresie musiała być traumatyczna. Dzięki za podzielenie się tą historią – po prostu niesamowita!!!

  • Zostaw komentarz