Jejku, jakie dobre

Stolica running sushi

Choć w Japonii lokalów typu conveyor belt (zwanych w Europie running sushi) jak na lekarstwo, to akurat Kanazawa słynie z licznych knajpek tego typu. Otrzymała więc nieoficjalny – według Japan Guide – przydomek „stolicy japońskiego running sushi”.

To proste i smaczne jedzenie. Jeździ na taśmociągu, więc teoretycznie jego zamówienie jest nieskomplikowane – oczywiście gdy nie trzeba rozmawiać z automatem 🙂 Przy wejściu do lokali, szczególnie tych lubianych, wieczorami zawsze ustawiają się długie kolejki oczekujących. Trzeba podejść do samego wejścia i pobrać numerek (jak u nas w ZUS-ie). Co jakiś czas kelner wywołuje właściwy numer – lepiej nauczyć się liczebników po japońsku, bo można przegapić swoje wejście i wówczas zaczynamy kolejkę od nowa. Dotyczy to nie tylko sushi barów – w zasadzie wszędzie wieczorami do dobrych i tanich lokali ustawiają się długaśne ogonki. Najwyższym numerem kolejkowym jaki kiedyś dostaliśmy (ale to było w Tokio) był 98. A w Kanazawie zaskoczenie, pomimo licznych conveyor beltow mamy „tylko” 84 numer. Widać sezon sakurowo-turystyczny. Dwie godziny oczekiwania przeleci jak z bicza trzasł.

     

Lubimy conveyor belt – poza smacznym jedzeniem – za klimat radosnego, nieustannego przyjęcia. Każdy gość jest przez kucharzy i obsługę radośnie (i bardzo głośno!) witany i żegnany. Zamówienia się wykrzykuje. Robi to atmosferę jak w wierszyku Jan Brzechwy: „Na straganie w dzień targowy”.

Oto i nasze miejsca. Przy każdym stanowisku – to prawie standard – znajduje się kranik z wrzątkiem oraz herbata, którą się sami obsługujemy oraz ingrediencje pomocnicze: imbir, sosy, pałeczki, wykałaczki (zdj. powyżej). Conveyor opiera się na samoobsłudze, czasami wsparciem jest iPad, w którym – jeżeli nie chcemy korzystać tylko z taśmociągu – należy zamawiać sushi (na zdj. poniżej).

      

Pierwsza rzecz- szukamy na ekranie ikonki z językiem angielskim. Potem już idzie gładko: klikamy na to co chcemy, zaznaczamy liczbę talerzyków i klikamy na zamówienie.

W jednym z sushi barów nasze zamówienie przyjechało miniaturowym shinkansenem powyżej linii taśmociągu 🙂 Co za fun!

Jeżeli chodzi o jakość sushi – nie ma sobie równych. Wcale nie trzeba pamiętać, że jeszcze tego dnia użyte ryby pływały w morzu, to się czuje. Coraz częściej zdarza się, że nigiri sushi są podpisane po angielsku. Warto zapamiętać (albo zrobić sobie mini-słowniczek) z kilku podstawowych nazw.  A oto drobna część rodzajów nigiri sushi i sashimi, które opanowaliśmy:

akami – najpospolitsza i najchudsza część tuńczyka

chutoro – tłuste mięso z tuńczyka z okolicy brzucha

inada – młody tuńczyk żółtopłetwy

otoro – najtłustsza i najdroższa część tuńczyka

kanpachi – seriola olbrzymia (to jest ryba)

karasu – atlantycki halibut

ikura – ikra z łososia

kazunko – ikra ze śledzia

Sushi w Japonii nie mają specjalnego wyglądu – są koślawe, średnio zlepione, za to ich smak… Zamawiamy otoro – nigiri zrobione z najdroższego tuńczyka błękitnopłetwego – trzeba spróbować legendarnego smaku. Jest tak wykwintny, że dostajemy go na pozłacanym talerzyku (zdj. poniżej). Jedną porcją dzielimy się się na pół. Stwierdzamy zgodnie, że trudno nam powiedzieć jak smakował – on się po prostu rozpłynął się w ustach jak jakaś pianka.

       

Gdy odpadamy od stołu z przejedzenia dzwonimy po kelnera, który czytnikiem zlicza wartość zamówienia (urządzenie rozpoznaje kolory i liczbę talerzyków). Dostajemy rachunek, który opłacamy przy wyjściu.

W roku 2014 na tokijskim targu rybnym Tsukiji sprzedano na aukcji najdroższego (jak do tej pory) tuńczyka. Japoński restaurator zapłacił za niego 155,4 mln jenów czyli 1,38 mln dolarów. Czy setki dolarów, które potem trafiły za pomocą sushi do żołądków tamtejszych smakoszy były lepsze od tego co jemy w Kanazawie? Twierdzimy, że absolutnie nie!

Polecane wpisy

Brak komentarzy

Zostaw komentarz