Kiusiu

Zmieszani z błotem, zakopani żywcem

W taki upiorny sposób daliśmy się potraktować i jeszcze za to zapłaciliśmy 🙂 Długo nie mogliśmy znaleźć w Beppu onsenu Hoyoland, a gdy już tam dotarliśmy wciąż nie wierzyliśmy, że to dobry adres. Przedstawiany w przewodnikach jako onsen, którego błotne wody „nawet umarłego stawiają na nogi” był najbardziej obskurnym, najbardziej brzydkim miejscem jakie sobie można wyobrazić. Tylko trochę lepiej było w onsenie Takegawara.

Onsen Hoyoland

Gdyby znajdował się u nas, w Polsce, spokojnie jego estetykę można by określić na „wczesny PRL”: w środku budynku lamperie pociągnięte farbą olejną, ceratki na stołach, plastikowe róże w szklanych wazonach imitujących kryształ. Trudno – od patrzenia na ceratę jeszcze nikt nie umarł, więc brniemy w rozklekotanych gumowych klapkach, które kazano nam włożyć, przez kolejne śluzy (w tym przez kawałek leśnego gaiku – na zdj. obok) prowadzące nas do ożywczego błota. I wreszcie wejście: oczywiście osobno dla pań, osobno dla panów. Pecha mam straszliwego, bo w części żeńskiej nie ma ani jednej osoby, więc nawet nie mam za kim podążać wzrokiem. A przede mną zbiornik niczym wielkie kamienne poidło dla krów w rozlatującej się stodole. Zbiornik wypełniony płynem przypominającym maślankę. Wkładam stopę – ciepłą maślankę. Zdjęć nie można w onsenach robić, więc trudno dokumentować komórką otoczenie. Rozbieram się, zanurzam i po kilku minutach przychodzi miły relaks. Mija kolejna chwila i do pomieszczenia wpadają dwie małe dziewczynki. I za chwilę wypadają. Wychodzę z basenu i śledzę małe. Siedzą do połowy w zewnętrznej sadzawce i są białe jak córki młynarza. Gruba warstwa błota zalega na dnie i trzeba się nią wysmarować (zdj. poniżej zrobione z plakatu reklamowego onsenu). Błoto jest siarkowe, więc skóra robi się silnie zaczerwieniona – przynajmniej dla osób nie przywykłych na co dzień do tego typu ablucji. Jeżeli wierzyć w przewodnikowe informacje to do błota uciekły z organizmu wszystkie moje wewnętrzne zanieczyszczenia. Wypłukanie się z mazi odbywa się pod trzęsącą się, podrdzewiałą rurą imitującą prysznic. Wszystko jedno – estetyka nie ma znaczenia, błotny seans był niesamowity.

 

 

 

 

 

 

 

 

Onsen Takegawara

Onsen w centrum Beppu, do którego prowadzi „tradycyjna uliczka powstała przed wiekami”. Może i przed wiekiem była normalna, ale teraz przypomina zatrzymany kadr najgorszego horroru japońskiego (zdj. obok). Choć wygląda na wymarłą, to z odgłosów płynących z prawa i lewa wnioskować można, że mieszczą się tam kluby rozrywkowe i hm… bardzo rozrywkowe. Uliczka kończy się wyjściem dokładnie na wprost budynku onsenu (zdj. poniżej). Budynek godny, postawiony w 1879 roku z zachowaniem tradycyjnego stylu epoki Meiji. Wewnątrz nie lepiej niż w tym poprzednim (PRL-bis), choć budynek jest zwarty i nie trzeba po nim maszerować. Ale serwują tam nietypowy zabieg: zasypywanie w gorącym piasku.

 

 

W części kobiecej są na szczęście dwie panie, które instruują mnie, że trzeba najpierw się rozebrać, a potem ubrać w otrzymaną w kasie yukatę. Pomagają mi zawiązać pas obi (ledwo oddycham) i wychodzę na… o matko!…. pole z czarnym i gorącym ni to piaskiem, ni żwirem. Po prawej stronie to sucha kwatera grobowa, po lewej ten sam żwir w formie bulgoczącej półpłynnej mazi (na zdj. głównym górnym). Panie łopatami właśnie kończą zakopywać Mireckiego. Wystaje mu tylko głowa leżąca na drewnianej belce :(. Kładę się obok i dwa razy tłumaczę, żeby mnie zasypać tylko do pasa. Panie z łopatami ogłaszają kwadrans relaksu. Relaksu?!? Po kilku minutach parzą mnie łydki i pięty jakby mi żelazko przykładali. Patrzę na Mireckiego, a z niego (to znaczy z wystającej głowy) dosłownie pot tryska.

Wytrzymałam z 10 min. Pędzę z powrotem do części kobiecej, zrzucam z siebie czarną jak smoła yukatę i szoruję się pod wodą na wybetonowanej polepie. Po chwili zanurzenie w niewielkim baseniku z wodą mineralną i ogarnia mnie błogostan (ale poparzone łydki czuję). Leżę i zastanawiam się nad (nie)odpowiedzialnością Japończyków. W mojej ocenie piaskowy zabieg musi być mocno obciążający dla organizmu. Dla ludzi z problemami krążenia pewnie szkodliwy, a nawet arcy niebezpieczny. A nie widziałam żadnych ostrzeżeń, nie trzeba było wypełniać żadnej ankiety, ani podpisywać zgody. Nie było widocznych, w formie pisanej lub piktograficznej, ostrzeżeń i przeciwwskazań. Każdy sam za siebie odpowiada. Zrobisz sobie krzywdę – twoja sprawa. Masz myśleć i odpowiadać za siebie. Od razu przypominam sobie przypadek kobiety w Stanach Zjednoczonych, która poparzyła się kawą z McDonaldsa i otrzymała 2 mln dolarów odszkodowania od firmy. Afera głośna na cały świat. Ile zatem są warte moje poparzone łydki? A ile ewentualne konsekwencje zdrowotne osób słabszych? Tu nic. Kupiliśmy produkt zgadzając się w ten sposób na jego użycie. I to jest zdrowe podejście do rzeczywistości. Żadnego zrzucania odpowiedzialności za swoją bezmyślność na czynniki zewnętrzne. Żadnego udawania, że dorosły człowiek ma prawo zachowywać się jak nieświadome niemowlę. Jestem dojrzały i w swojej dojrzałości potrafię przewidzieć konsekwencje. Tak jest w Japonii. Tak powinien działać świat.

Po zabiegu trzeba długo czekać w holu onsenu, aby organizm się uspokoił. Maszerujemy z powrotem do hotelu w przekonaniu, że zostawiliśmy w gorącym piachu toksyny, a zyskaliśmy równowagę widzenia wielu rzeczy we właściwym porządku.

Gdzie: Beppu, Hoyoland Onsen, z dworca kolejowego jedzie się do niego busem linii nr 5 lub 7,  tym samym kierunku co do „Piekieł”, ale wysiąść należy kilka przystanków dalej (kierowca busa podpowie). Cena biletu 1000 JPY.

Takegawara Onsen – leży w centrum miasta, od stacji kolejowej idzie się w stronę morza. Cena biletu 1030 JPY.

Polecane wpisy

Brak komentarzy

Zostaw komentarz